wtorek, 28 listopada 2017

Nie samym odchudzaniem człowiek żyje

Chyba nadszedł ten właściwy czas aby dodać do bloga zakładkę "Lifestyle" czyli co tam u mnie w duszy piszczy. Do tej pory wzbraniałam się przed tym dość mocno. Taką blokadą w głowie było to, że mojego bloga czytają moi znajomi i ci bliscy i ci trochę dalsi. I tak jakoś niezręcznie mi było, że tak odkryję te swoje wewnętrzne psychiczne bebechy. 

No chyba sporo osób też tak ma, że nie lubi mówić wszystkim dookoła co u niego słychać. O ile jeszcze jest to powód do radości i chwalenia to pal licho. Jednak życie nie zawsze jest kolorowe i usłane różami a raczej częściej usłane kolcami od róży. Choć nie powiem. Piękne pachnące płatki róż w naszym życiu też bywają i niektórym nawet zdarzają się bardzo często ( no tylko pozazdrościć :) ). Jednak codzienność jest codziennością i nie ma się co oszukiwać, Zdarzają się rozstania, rozwody, śmierć, choroby, kłopoty z dziećmi, kłopoty w pracy, sprzeczki lub wielkie awantury z przyjacielem, sąsiadem czy członkiem rodziny. Są też momenty fajne jak pierwsza randka, pierwsze wyznanie miłości,  przygotowania do ślubu, oczekiwanie na dziecko, radość z pierwszego występu w przedszkolu, z awansu w pracy, z pochwały szefa, z osiągnięcia sukcesu itd itd. Czasem się rozwijamy a czasem zwijamy. To wszystko wywołuje emocje czy tego chcemy czy nie.

Mój blog to miejsce, gdzie  często jednak wsparcia szukają osoby z nadwagą, szukające swojej drogi do zdrowszego "JA".  I wielokrotnie tu podkreślałam, że "odchudzanie zaczyna się w głowie" tak samo zresztą jak tycie. No a jeśli w głowie, to ma wiele wspólnego z emocjami. Emocje przeżywamy wszyscy, czasem mamy ich świadomość i potrafimy je nazwać po imieniu a czasem  nie. Czasem przyznajemy się do tego, że je odczuwamy a czasem udajemy sami przed sobą, że nie albo  tak na prawdę nie wiemy co czujemy w związku z daną sytuacją. 

No i tu się okazuje, że baardzo często je zajadamy. Jak je zajadamy to tyjemy, jak tyjemy to czujemy się kiepsko i spada nam samoocena. Ba, zajadamy nie tylko przykre ale i dobre emocje,  takie jak radość, szczęście, euforia.  :) A ja  tu ciągle piszę jakieś pitu, pitu  o tym, że trzeba te emocje rozpoznawać, rozumieć i rozgraniczać i  jednak ciągle zdarza mi się "nażreć" w emocjach. Wiem, że takich osób jak ja jest mnóstwo zarówno wśród moich czytelników jak i tych którzy o moim istnieniu nie wiedzą i pewnie nawet się nie dowiedzą ;) Wiem, bo piszecie do mnie o tym  często w rozpaczliwych meilach czy wiadomościach  prywatnych. A ja ciągle niezmiennie odpisuję, że to jest normalne, że większość tak ma i że nie warto się poddawać ( co nie znaczy nic z tym nie robić ;) ). 

 Dlatego w zgodzie ze sobą postanowiłam pisać o tym co mi w duszy aktualnie gra.  Nie tylko o emocjach ale i fajnych wydarzeniach w których uczestniczę. O przeczytanych książkach o ile wniosą do mojego życia coś wartościowego. O warsztatach rozwoju. O moich pomysłach na życie ( a mam ich 150 na minutę ;) ) O doświadczeniach życiowych. O sukcesach i porażkach. O tym co mnie akurat poruszyło i wywołało emocje. Po prostu o... życiu. 

Bo to jest właśnie autentyczność z którą się utożsamiam. Myślę, że Was nie zanudzę :) Prawda jest taka, że jestem jedną z Was. Tą samą która walczy, upada, cieszy się i płacze, odnosi sukcesy i ponosi porażki. Tą która robi dwa kroki do przodu i jeden a czasem trzy do tyłu.  Tą która wierzy, że w każdej z nas jest siła na to, aby jeśli na prawdę czegoś bardzo chce to może to osiągnąć. Tą która tę zasadę wprowadza u siebie w tempie wolniejszym niż chód żółwia. Ale nie poddającą się i ciągle idącą do przodu w tym filmie zwanym "ŻYCIE"  :) 


Jeśli chcesz wiedzieć na bieżąco co tam u mnie aktualnie w tej duszy gra. To polub mnie na na facebook Pani swojej wagi zaglądaj na blog czytaj, komentuj, inspiruj czy nawet konstruktywnie hejtuj ( o ile można konstruktywnie hejtować ;) ) Bo jestem tu w sieci dla siebie ale też przede wszystkim dla Ciebie :)
Dla kobiety która otwarcie lub bardzo głęboko  w sobie wierzy, że to właśnie my możemy przenosić góry, dokonywać niemożliwego, odnosić sukcesy i nie bać się porażek :D Tej która wie, że wszystko możemy ale nie zawsze chcemy :) Tej, która odważnie idzie przez życie oraz tej, która jeszcze nie ma odwagi zrobić pierwszego kroku do zmiany swojego życia :) Po prostu dla CIEBIE :D

piątek, 24 listopada 2017

Fit mama na zwolnieniu czyli czy prosto jest wrócić do aktywności?

Nie wiem czy wiecie ale mam nastoletnią córkę. ( tak w sumie mam dwie córki z tym, że jedna już dorosła ;) )  I w tej mojej młodszej córce próbuję zaszczepić sportowego ducha. W dobie pokolenia Iphonów ( czyt. srajfonów) to jedyna rozsądna rzecz jaką każdy rodzic powinien zrobić. No nie ma się co oszukiwać drodzy rodzice. Nasze nastoletnie dzieci spędzają przed telefonem czy laptopem codziennie więcej czasu niż moja rodzina na pomyłkowo obranej trasie na Morskie Oko czyli  jakieś minimum pięć godzin ;). Jeśli doda się do tego lekcje, naukę w domu i jakieś inne przyjemności towarzyskie to na aktywność fizyczną najzwyczajniej w świecie czasu nie starcza.

źródło jpg: www.runnersworld.com

Tak więc jak pisałam na wstępie staram się nauczyć te moje dziecię, że ćwiczyć regularnie trzeba i sport to zdrowie. Dlatego też gdy młoda zaproponowała, z chęcią zapisałam ją do szkółki wrotkarskiej. No i gdy tak ją woziłam na te zajęcia i przyglądałam się jej postępom stwierdziłam, że uczy się tam też sporo osób z pokolenia Y czyli tak pod czterdziestkę. No i tu wpadłam na szalony pomysł. Będę cool mama i zapiszę się na wrotki razem z córką. A co tam, będziemy miały co robić  w letnie wieczory -pomyślałam. Już nawet prawie czułam ten wiatr we włosach gdy, robimy  na wrotkach te rożne cuda na rampie...ach no dobra, poszłam o krok za daleko ;)

źródło jpg. youtube 


W każdym bądź razie poszłam na pierwszą lekcję. Nie powiem, całkiem nieźle mi szło.Okazało się, że jazda slalomem i te inne beczki wbrew pozorom nie są takie wcale trudne. Poczułam się jak ryba w wodzie :) Jednak organizatorzy zajęć popełniają ogromny błąd. Uczą jeździć kursantów beczką nie ucząc ich najpierw hamować :) A przecież każde boisko ma jakieś swoje granice najczęściej ogrodzone siatką, murem czy też inną barierką. Tak samo zresztą jest na wrotkowisku. Rozpędziłam się dojechałam do barierki i moje ręce zatrzymały się na niej a nogi postanowiły jechać dalej. Nie przewidziały jednego. Że właśnie oto jedna jest po lewej a druga po prawej stronie metalowego słupka. No i się rozjechałam.... Auuuć. Na samą myśl czuję ten ból nie powiem gdzie bo się wstydzę :P  Ale ja silna dziewczyna jestem, poza tym nie będę przecież robić nastolatce kichy przed znajomymi więc pozbierałam się i skończyłam trening. Jednak z każdą minutą czułam, że coś jest nie tak. No i jak dotrwałam do końca treningu, dojechałam jakimś cudem do domu to okazało się, że nocna wizyta w szpitalu mnie nie ominie. Na szczęście obyło się bez złamań i skończyło na obiciu i mega krwiaku. Dostałam bezwzględny zakaz ruszania się z łóżka przez tydzień i minimum miesiąc bez ćwiczeń. I tu mi zadrgało serducho...



Z jednej strony mój wewnętrzny świadomy rozum mówił "Kurczę, szkoda że trzeba sobie zrobić taką przerwę, bo jak się wypadnie z rytmu regularnych ćwiczeń to potem ciężko do nich wrócić ( wiem z doświadczenia  - ostatnio po przerwie dłużej się zbierałam do powrotu niż trwała sama przerwa ;) ) Poza tym, w końcu ćwiczę, żeby żreć więcej ciastków :) i jakoś nie mam w tym momencie weny na ograniczenia w diecie. A na logikę mniej ruchu = mniej żarcia, nie?  I takie tam inne jeszcze rozważania psychologiczno społeczne ze sobą uprawiałam.

Zaś z drugiej strony.... mój  podświadomy rozum a w zasadzie chyba mieszkająca tam "Gruba Ja" podskakiwała z radości. Tak, tak - podpowiadała - możesz sobie bezkarnie leżeć na kanapie. Nic nie robić tylko czytać, oglądać, pisać, spać czy co ci się tam rzewnie podoba. I nikt Ci nie powie żeś leń. W końcu nie musisz iść na trening pocić się, męczyć, sapać stękać, wychodzić spocona na wiatr, mieć czerwonej gęby i jeszcze pisać post, że jest mega fajnie i też zachęcasz do tego innych :P

No bo nie ma co ukrywać. W 95 % ludzie NIE LUBI SIĘ MĘCZYĆ. Serio, poznałam w swoim życiu tylko kilka osób które świadomie mówiły, że lubią WYCHODZIĆ na trening :) Bo takich co lubią ćwiczyć znam wielu :D Jednak jest zasadnicza różnica pomiędzy samą aktywnością a zebraniem się do niej :) Dlatego jeśli twierdzisz, że nie lubisz ćwiczyć to spójrz na osoby  w swoim otoczeniu które ćwiczą, biegają lub uprawiają nawet zawodowo jakąś dyscyplinę sportową. Pomyśl, że  praktycznie niczym się od nich nie różnisz i możesz osiągnąć to samo co oni. Różnica między tymi co ćwiczą i nie ćwiczą jest tylko jedna:


"Ci pierwsi dokonują wyboru, ustalają w życiu priorytety. Wybierają zdrowie nad lenistwo. Wybierają pokonanie słabości nad wygodę" 


źródło jpg: kobieciarnia.pl


No więc...wybór pozostawiam Tobie i sobie. Kiedy tylko przyjdzie czas, żeby zdrowie pozwoliło wrócić do aktywności fizycznej. Mam nadzieję, że dokonam dobrych wyborów.

A ty??

Jeśli chcesz śledzić moje poczynania i zostać tak jak ja Panią swojej wagi dołącz do mnie na facebook Pani swojej wagi .
Jeśli ciągle się wahasz czy warto zmienić swój styl życia na zdrowy, to może razem uda nam się zmienić twoje przekonania i obawy :)


wtorek, 7 listopada 2017

Śniadanie na słodko z jaglaną poproszę

Moje śniadania od dawien dawna są dość przewidywalne. Niektórzy twierdzą, że wręcz nudne ale ja tak nie uważam. No a w końcu komu jak nie mi to ma smakować, nie? :)  W tygodniu zazwyczaj jem owsiankę z jogurtem i owocami lub po prostu 2 kromeczki dowolnie przystrojonego żytniego chlebka :) Cóż, za każdym razem inny owoc lub inny zestaw na kanapce to chyba nie jest nudno, nie? ;)
Niedziela  jest dniem z rodzinną jajecznicą i dużą ilością warzyw.
Ot takie moje rytuały :)

Jednak kiedy w mojej głowie pojawia się hasło "ograniczam słodkie", natychmiast  w magiczny sposób moje kubki smakowe domagają się na śniadanie słodkiego ;) Od razu zaczynam kombinować, jak tu zrobić, żeby było i słodko i zdrowo :) No i tak w ostatnią niedzielę zamiast jajecznicy powstały "Jaglane pancakes".

Dlaczego właśnie jaglane?? Otóż, po pierwsze mam te jagły już wypróbowane, iż sprawdzają się w wypiekach a po drugie kasza jaglana ma nieprzecenione właściwości odżywcze. Dlatego też, królowa jaglanka rządzi na moim stole dość często. Ostatnio właśnie najczęściej w formie mąki,  która to od jakiegoś czasu  jest  dostępna nawet w wielu dyskontach spożywczych :)


Jeśli zapytacie mnie co mnie w niej urzekło odpowiem krótko:

  1. Po pierwsze słodko-gorzkawy orzechowy smak, jedyny w swoim rodzaju ( bije na głowę mąkę kokosową która nie przypadła mi do gustu pomimo mojej miłości do Bounty ;) ) 
  2. Po drugie ma właściwości odkwaszające organizm a u mnie z objawami zakwaszenia, takimi jak brak energii, sucha skóra i zapalenie dziąseł dość często się mierzę. 
  3. Po trzecie jest wyjątkowo lekkostrawna i nie zawiera glutenu czyli w sam raz dla osób cierpiących na jego nietolerancję ( ja jej u siebie nie zauważam ale ponoć im mniej glutenu w diecie tym lepiej ;).  
  4. Po czwarte jest bardzo sycąca, zawiera duużo błonnika i przede wszystkim jest dobrym źródłem białka. Choć ma dość wysoki indeks glikemiczny nie powinno się jej unikać w diecie. W niewielkich ilościach jest idealna w diecie odchudzającej  zwłaszcza w zimne jesienne dni.
  5.  Po piąte ma właściwości kosmetyczne, gdyż zawiera krzemionkę a ten nieorganiczny związek chemiczny bardzo korzystnie wpływa na kondycję naszych włosów, paznokci, kości i stawów ale krzem też ponoć podnosi przemianę materii.
W zasadzie jeszcze dużo dobrego o jaglance można by pisać ale miało być krótko. Jak dla mnie wystarczająco dużo, żeby się do niej przekonać :)



A tak w ogóle to miało być o przepisie :) Otóż aby powstało idealnie słodkie śniadanie potrzebujemy:

Składniki:

50 gr mąki jaglanej

ok 50 ml mleka 1,5 %

1 małe jajo

10 gr. masła

płaska łyżka ksylitolu

łyżeczka proszku do pieczenia  

 

Przygotowanie:

Jajka i mleko i roztopione masło roztrzepać w miseczce.  Dodać suche składniki i wymieszać do połączenia obu. Konsystencja ciasta powinna być mniej więcej jak gęsta śmietana. Rozgrzewamy patelnię i formujemy łyżką niewielkie placuszki. Smażymy krótko z obu stron na suchej patelni.  Układamy w stosik i polewamy łyżką miodu. Jak mamy to możemy zrobić amerykańską wersję placków i polać syropem klonowym :) Można też dodać odrobinę ulubionych owoców :)

Z jednej porcji wychodzą nam 4 większe lub 8 mniejszych placków.  
1 porcja dostarcza nam ok 415 kal w tym ( 16 gr białka, 55 gr węglowodanów i 16 gr tłuszczu) 

No to, pozostaje życzyć Was smacznego :) 

 A wy jakie macie pomysły na kaszę jaglaną?  Podzielcie się w komentarzu swoim przepisem lub doznaniami kulinarnymi gdy wypróbujecie mój przepis :) 

Po więcej pomysłów i motywacji zapraszam na facebooka, znajdziesz mnie na  Pani swojej wagi  a jeśli jesteś na diecie lub prowadzisz blog, fanpage związany ze zdrowym stylem życia i chcesz się dzielić swoim doświadczeniem to  zapraszam do zamkniętej grupy Odchudzanie dla kobiet od FAT do FIT