sobota, 12 kwietnia 2014

Co? jak? i o której?

Kolejny tydzień i kolejny 1 kg mniej. Obecna waga to  66,7 kg. Do celu ostatecznego założonego sobie zostało mi tylko i wyłącznie 3,7 kg. 

I pomimo tego, iż ogromnie się cieszę, to jest też we mnie ogromny lęk.
 
Lęk przed tym, że nawet jak osiągnę zamierzony efekt to będzie on krótkotrwały, że wrócę do starych nawyków i na deser będę pożerać opakowanie ( 300 gr) rurek z kremem :-( a aktywność fizyczna przejdzie do lamusa wraz z pojawieniem się pierwszych "ALE" i "BO"

Jak na razie wszystko jest dobrze. Moje menu może i  nadal jest trochę ograniczone i monotonne a może raczej powtarzające się, ale dopóki mi smakuje i się nie znudziło to je praktykuję.

Moje menu wygląda ostatnio następująco

 Śniadanie 8.00 (max. 2 h po przebudzeniu) - jogurt naturalny z musli ( 3 łyżki) z owocem  ( każdego dnia innym żeby nie było monotonnie)

II  śniadanie ok. 11.00  - kromka ciemnego chleba ( ok 85 gr) z łososiem lub kurczakiem wędzonym, tudzież twarożkiem lub kabanos  + warzywko, ewentualnie owoc lub garść orzechów.

Obiad: ok. 14.00 ( na szczęście mam możliwość podgrzania obiadu w pracy ale tez zabieram takie które zjadam na zimno)  - warzywa na patelnię z kurczakiem, szpinak z mozarellą i makaronem, jakaś zupka, pierś z kurczaka lub indyka pieczona z warzywkami i ryżem lub kaszą ( czasem z 2 ziemniaki) , czasem kilka pierogów ze szpinakiem ( gdy np. nie mam czasu przygotować sobie obiad i jem gotowca)

Podwieczorek.  - ok.17.00  - owoc, orzeszki, warzywko lub opakowanie belvity ;-) ( tak tak, pozwalam sobie na tę odrobinę luksusu ) lub 4 kostki gorzkiej czekolady

Kolacja ok. 20.30  - jakaś sałatka z ryżem i warzywami, racuchy z otrąb, kromka chleba z kurczakiem lub łososiem, pieczony owoc itp.

Generalnie zauważyłam, iż moje kolacje są bardziej na słodko kiedy jako przekąski nie zjem nic słodkiego. Po prostu mój organizm ciągle i ciągle domaga się cukrów. :-(

Ale i tak jestem z siebie dumna, ponieważ udaje mi się nie obżerać nawet na imprezach na których są suto zastawione stoły :-)

Do tej pory starałam się unikać takich imprez aby nie kusić losu. Odmawiałam babskich przyjęć, dyskotek, imprez domowych ale na chrzciny nie wypadało nie pójść. 

No i okazało się, że jak się chce to można.  

Owszem zjadłam kawałek tortu a także spróbowałam większości smakołyków będących na stole ale wszystkiego na prawdę po małej łyżeczce. Nie mniej jednak mimo, że ilości nie były imponujące czułam się po prostu źle i ociężale. Tak jakby organizm odzwyczaił się od takich tłustych potraw.  W każdym razie mam nadzieję, że mi te chrzciny nie zaburzą dotarcia do celu a ten coraz bliżej.

Żebym nie miała jednak wyrzutów sumienia to przez najbliższe dni pobiegam trochę więcej na Orbitreku a zacznę już dziś :-)

A za tydzień Wielkanoc i to dopiero dla mnie wyzwanie :-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz