sobota, 3 lutego 2018

Idealna waga..jak stracić dużo i szybko z/na cudownym koktajlu

Jak pewnie wiecie albo i nie wiecie ;) prowadzę od jakiegoś czasu grupę wspierającą dla kobiet odchudzających się. Grupa liczy całkiem sporą już ilość osób. Co i rusz dołącza ktoś nowy jednak sporą liczbę z nich stanowią osoby zajmujące się interesem MLM oferującym tzw szejki lub witaminki odchudzające. Często na początku są dość aktywne, wrzucają nawet swoje metamorfozy po czym ni z gruchy ni z pietruchy piszą "Chcesz wiedzieć jak schudłam napisz priv" Od razu zapala mi się czerwone światło i sprawdzam profil takiej osoby. Jak tylko zobaczę, że oferuje gdzieś cudowne specyfiki bez ostrzeżenia wyrzucam z grupy. I nie ma tu żadnego znaczenia czy taka osoba faktycznie schudła na cudownych szejkach czy nie. Nie mam ani czasu ani ochoty sprawdzać autentyczności ich historii odchudzania. 

Spytacie dlaczego?? Skoro one na tym schudły to dlaczego nie chcę pozwolić innym przekonać się do cudownych właściwości tych specyfików?? Zazdroszczę, bo mnie na nie nie stać a przecież każdy chce schudnąć szybko i bez wysiłku? A może jednak, jak to piszą niektórzy, zazdroszczę innym sukcesu zarówno w odchudzaniu jak i w w biznesie bo sama nic nie osiągnęłam??

Nic bardziej mylnego, choć osobiście spotykam się z takimi właśnie wiadomościami od wściekłych "bizmesmenek" wyrzuconych z grupy ;) 

Otóż moi drodzy, ja przekonałam się na własnej skórze i portfelu, że te specyfiki to jedna wielka ściema.

czy szejki dietetyczne działają
źródło: Couleur/Pixbay

Kiedy w 2014 roku przeszłam na dietę przez pierwsze 3 miesiące odchudzałam się swoimi sposobami ( raz lepszymi jak zdrowa zbilansowana dieta  + ruch a raz gorszymi jak 1100-1200 kcal + ruch). Jednak po 3 miesiącach spadek wagi mocno spowolnił a ja nadal chciałam mieć jeszcze kilka kg mniej. Oczywiście chciałam, żeby nastąpiło to szybko, tu już i teraz bo należę do osób raczej niecierpliwych ;)  Wtedy w moim życiu pojawiła się osoba która zaproponowała mi wejście w biznes "Herb...". No dobra pomińmy nazwę taki to nazwijmy go od herbaty ;) Powiedziała  - "Słuchaj, wejdź z nami w biznes, schudniesz bez wysiłku jeszcze te 5 kg a przy okazji zarobisz"
W pierwszej chwili zadziałała moja ludzka próżność i chęć zarobienia "milionów" na swojej historii. Pomyślałam więc - Co mi szkodzi spróbować? Przecież jeśli to faktycznie działa i schudnę te 5 kg ( a do tej pory schudłam już 15 kg) to nikt nie będzie tak na prawdę wiedział czy udało mi się na tym zrzucić tylko 5 czy może 20 kg? Zdjęcia będą mówiły same za siebie. No więc umówiłam się na spotkanie rekrutacyjne :)

Przemiła Pani Ela która zarządzała  w naszym mieście tym biznesem przyjęła mnie bardzo gościnnie. Z uśmiechem na ustach zrobiła  mi badanie na pomiar masy ciała, tkanki tłuszczowej i mięśniowej ( ho, ho jaki to profesjonalny gabinet pomyślałam) i poczęstowała szklaneczką pysznego koktajlu. Oczywiście od razu zaczęła swój wywód jakie to cudowne właściwości ma ten "szejk". Poprosiłam o ulotkę ze składem i wartościami odżywczymi koktajlu jednak Pani Ela powiedziała, że najpierw szybciutko umowa. Daję do łapki 100 zł ( oczywiście bez żadnego rachunku lub paragonu) i już mam w rękach cały początkowy starter. Czarną torbę wypełnioną broszurami i ulotkami zawierającymi wszystkie dostępne u nich specyfiki wraz opakowaniem szejku starczającego na 21 dni ( smak dla atrakcyjności mogę sobie wybrać sama) 
Hmmm, musiałam się chwilę zastanowić bo nie do końca spodobał mi się ten pomysł. Nie lubię w ciemno lekką ręką wydawać kasy. Jednak kiedy ja myślałam, Pani Ela przedstawiła mi cudowną piramidę finansową ile to ja mogę zarobić na tych koktajlach. Wystarczy, że znajdę X osób które wejdą w biznes a one znajdą Y następnych chętnych to za jakieś pół roku wybuduję sobie willę na wyspie Bali ;) Ja nawet nie będę musiała sama już nic kupować, wystarczy że wyrobię pewien plan. Wbrew pozorom, aż tak głupia nie jestem, liczyć też umiem bo w końcu jestem księgową i wiedziałam, że ten plan wcale nie jest taki prosty do osiągnięcia. Jednak jakoś wcale nie zależało mi od razu na milionach i miałam nadzieję na kilka dodatkowych stówek co miesiąc w portfelu. Poza tym będę robić to co kocham, czyli poznawać nowych ludzi i gadać :D Pomyślałam więc - Dobra, raz się żyje, nieraz więcej na głupoty się wydaje niż te 100 zł. Jak nie ma innej możliwości żeby to sprawdzić przed zakupem to odżałuję tę stówkę.  Tak też zrobiłam. Dostałam cudowny starter i na odchodne informację, że mam zastępować jeden lub dwa posiłki tymi koktajlami. Najlepiej śniadanie i kolację i jeść tylko obiad. Oho.. tu zapaliła mi się w głowie już nie żółta ale czerwona lampka. No ale cóż, umowa podpisana, stówa mniej w portfelu a teraz jadę do domu przekonać się, że nie były to pieniądze wyrzucone w błoto.


....No i niestety pożałowałam swojej decyzji już godzinę później. Od razu złapałam w rękę opakowanie koktajlu odżywczego i zaczęłam czytać skład. Witaminki XYZ - ok pomyślałam. Nie jest źle ma dużo witamin, ale już za chwilę mina mi zrzedła. Czytam dalej. Białko ok 35 gr na 100 gr  produktu. Węglowodany 34,6 gr na 100 gr produktu ( w tym prawie 33 gr cukru!!! ) Dla porównania wyciągnęłam z szafki odżywkę białkową nabytą w sklepie dla sportowców, którą używałam czasem do przyrządzania posiłków lub koktajli po treningowych. I co się okazało??   Moja odżywka zawiera w 100 gramach produktu aż 80 gram białka i tylko 4,4 grama węglowodanów ( w tym 1,2 grama cukru)!!!!!! O matulu pomyślałam, toż to sam syf :( Nie wspomnę już o tym, że moja odżywka zawierająca 22 porcje kosztuje około 40-50 zł przy czym koktajl odżywczy "Herbata" zawierający 21 porcji aż 100 zł!!! ( i to już w 2014 roku) 
Porcja gotowego "szejka" to 221 kcal w tym 17 gram białka i prawie 21 gr cukru czyli jakieś 4 łyżeczki!!!! 
Ech... postanowiłam choć spróbować ten specyfik i przyznam Wam szczerze... no nie dało się tego pić :( Jak dla mnie ohydne w smaku, mdłe i czuć jakby mąką. Być może za sprawą białka z soi które jest specyficzne w smaku. O matulu pomyślałam, no to się zrobiłaś Monia w balona :/


czy działa dieta koktajlowa



Wiedziałam już, że ten specyfik faktycznie może działać, ale nie dlatego, że jest taki cudowny. Cały pic kryje się w ogólnej kaloryczności na diecie "szejkowej" Porcja szejka to ok 221 kcal. Zakładając, że zastąpisz nim śniadanie i kolację to masz około 420 kcal. Jeśli dodasz do tego obiad ok 500-600 kcal i nie zjesz nic więcej to twoja dzienna kaloryczność spadnie poniżej 1000 kcal!!! Przy tej kaloryczności zwłaszcza na początku diety nie ma bata, musisz schudnąć!!  Oczywiście tylko na początku, po przy tak restrykcyjnej diecie jesteś na bardzo dobrej drodze do rozwalenia sobie metabolizmu ( tzw. zastoju metabolicznego) przy którym nawet spożywając 1000 kcal będziesz tyć lub waga będzie stała w miejscu.   Nawet jeśli dodasz do tego z dwie przekąski ( jakiś owoc i warzywko, bo przecież wiesz, że na diecie trzeba to jeść;) ) to i tak ogólne spożycie wyniesie jakieś 1200-1400 kcal. Zakładając, że do tej pory jadłaś jakieś 2000-3000 kcal to sama widzisz, że jest to mocne ograniczenie i stąd początkowy sukces i efekt WOW. Tak więc jeśli chcesz szybko, niezdrowo i natychmiastowym efektem jojo. Proszę, kupuj, twój wybór. Zastanawia mnie też, czy i ile jesteście wytrwać w tej restrykcyjnej diecie. Według zapewnień Pani Eli nie miało się czuć głodu dzięki odpowiednio dobranym składnikiem odżywczym i nie mieć chęci na podjadanie w ciągu dnia a szczególnie wieczorem. Sama na sobie tego nie sprawdziłam, więc nie potwierdzę, ale jeśli stosowałaś kiedyś taką "dietę" to proszę podziel się ze mną wrażeniami w komentarzu :)



No i na tym skończyła się moja przygoda z odchudzaniem dzięki "szejkom" Już więcej nie kontynuowałam spożywania "napoju Bogów". Wolałam wytrwać w swojej  zdrowej  diecie i poczekać cierpliwie na efekt końcowy. Uff, na szczęście się udało! A radość przeogromna, o wiele większa niż gdybym zrobiła to ze "wspomagaczem" :D . W zasadzie nie wiem czemu nie wyrzuciłam tego badziewia do tej pory?? Chyba tylko dlatego, żeby przypominał mi o mojej głupocie ;) A dziś kiedy postanowiłam napisać ten wpis, dostrzegłam nawet, że jest on już dość mocno przeterminowany ;) No więc chyba nadszedł czas, może właśnie dzięki temu wpisowi na pożegnanie się ostateczne z moją przygodą pt "Odchudzanie z koktajlem odżywczym w roli głównej" :D

szejki białkowe


Zapewne część z Was zastanawia się ile zarobiłam na tych koktajlach i na tym biznesie?? 

Otóż moi drodzy zarobiłam całe wielkie  0 zł !!!!


Przez moment przyszło mi do głowy, że przecież kobity i tak się na tym nie znają. Że przecież wszystkie chcą schudnąć szybko i łatwo a na moje sposoby patrzą z politowaniem. Że przecież w sieci to i tak nikt nie wie czy schudłam sama czy z "szejkami"?? Że przecież są moje zdjęcia przed i po odchudzaniu i zobaczą efekty. Zapewne niewielki ułamek pokusi się o sprawdzenie autentyczności mojego odchudzania, a nawet jak to zrobią, to wiele z nich skusi się tak jak i ja choćby na spróbowanie tego specyfiku. W myśl zasady w każdym kłamstwie jest ziarenko prawdy a ja chcę schudnąć szybko i bez wysiłku a więc a nóż się uda?? Choćby nawet każda co się w to wkręci kupiła 1 opakowanie a potem poszła po rozum do głowy to zarobię na tym sporą sumkę.... a jednak zarobiłam 0 zł. Dlaczego??

Otóż moje drogie dlatego, że moje zaćmienie umysłu trwało tylko chwilę. Gdy rozum doszedł do głowy wiedziałam już, że to nie jest moja droga. Nie chcę i nie potrafię oszukiwać ludzi. Stawiam na autentyczność i na prawdę. Być może dzięki mnie schudnie 5 a nie 150 kobiet ale wiem, że zrobią to mądrze i z głową. Nie potrafię żerować na ludzkiej naiwności i być może dlatego nigdy nie dorobię się milionów. Być może już dawno miałabym ten dom na Bali ;) Ale mam swoje 4 pokoje w bloku z wielkiej płyty na kredyt i mam spokój sumienia. Staram się być uczciwym człowiekiem a to nie zawsze idzie w parze z biznesie. Mówi się trudno. Czasem trzeba wybrać pomiędzy "mieć" a "być"  Być może kiedyś dorobię się też na swojej autentyczności, kto wie?? 

Na razie piszę ten post aby Was przestrzec przed takimi biznesami. Oczywiście co zrobić, wejść czy nie wejść w taki biznes, odchudzać się czy nie z tymi specyfikami pozostawiam każdemu z Was indywidualnie. Piszę dziś tylko i wyłącznie ze swojej perspektywy i swojego doświadczenia. Pamiętajcie jednak, że zwykły śmiertelnik tak do końca albo wcale nie zna się na wartościach odżywczych posiłków, a przedstawicielki tego biznesu przedstawiają produkty mówiąc Wam o ich samych superlatywach. Być może same nie zdają sobie sprawy co tak na prawdę jest w składzie tych suplementów i skąd ich efektywność?

 Dlaczego akurat dziś to piszę skoro minęły już prawie 4 lata od mojej przygody?? Otóż, zainspirował mnie do tego wpis jednej z Pań z mojej grupy która właśnie "wyleciała" za ukrytą reklamę Joice+ czy jakoś tak. Nazwa specyfiku jest tu bez znaczenia. Na grupie padło pytanie "Pochwalcie się ile już schudłyście" i na to odpowiedź jednej z uczestniczek   - Ja 90 kg - Od razu zrobiło się  poruszenie i wielkie WOW, jak to zrobiłaś itd. No i komentarz pani odchudzonej o 90 kg - "Zapraszam na mój profil" zapalił mi ostrzegawczą lampkę w głowie. Przejrzałam profil, znalazłam w nim ukrytą reklamę tych specyfików i wywaliłam bez tłumaczenia z grupy. Następnego dnia przez zupełny przypadek, wyświetlił mi się post, że dziewczyna obsmarowała w sieci naszą grupę a mówiąc ściśle mnie, że nic nie osiągnęłam,  a na grupie robię jako gwiazda i bezczelnie z zazdrości nie uwierzyłam w jej historię odchudzania i uratowania jej życia przez "szejki". No i że z tej zazdrości ją wywaliłam. Odpisałam grzecznie, że owszem nie wierzę ( choć faktycznie patrząc wstecz na 2013 rok miała mega nadwagę a w 2014 już była szczupła) ale wyleciała z grupy nie przez to, że jej nie wierzę, tylko złamała regulamin grupy mówiący wyraźnie "Nie tolerujemy tu reklamy ani tych jawnej ani ukrytej suplementów diety. A jeśli chodzi o moje sukcesy to dla jednych będą one żadne, dla innych ogromne a dla mnie na prawdę spore  i przeczytać o nich mogą sobie wszyscy uczciwie tu: Co odchudzanie zmieniło w moim życiu. I na tym zakończyłam zupełnie zbędną dalszą dyskusję.

 I być może zupełnie zapomniałabym o sprawie gdyby nie to, że wieczorem dostałam taką oto wiadomość " Witam, ma Pani rację co do "DL" to jest kłamczucha . Ona sama z siebie nie schudła. Była na operacji bo była bardzo gruba a teraz chwali się jakimiś szejkami czy czymś co ona nie je i to jeszcze z krzywdy innych" 


Dlatego właśnie pomyślałam, że czas odsłonić kulisy tych biznesów. I pokazać Wam, że niektóre osoby które nawet dużo schudły a dziś reklamują jakiś specyfik, który to niby w 99 % przyczynił się do utraty  ich wagi najzwyczajniej w świecie KŁAMIĄ. I nie boję się użyć tego słowa ale jak dla mnie są po prostu OSZUSTAMI żerującymi na naiwności innych.

Ja nie lubię być oszukiwana? A ty??

Jeśli spodobał Ci się wpis, uważasz, że powinni przeczytać go inni, bądź sama padłaś ofiarą takiego biznesu udostępnij post dalej. Będzie mi bardzo miło gdy zostawisz też swój komentarz w spawie :)
Zapraszam również na mój profil na FB po więcej motywacji na                                    https://www.facebook.com/Paniswojejwagi/



sobota, 23 grudnia 2017

odWAŻ się...

Jutro wigilia a po nim jedno z najważniejszych świąt w tym roku czyli Boże Narodzenie...

 Dla wielu to czas radosny, szczęśliwy. Czas prezentów, spotkań w gronie rodzinnym, czas śmiechu i wspólnej zabawy. Jednak dla wielu kobiet to czas intensywnej pracy, czas maksymalnej organizacji czasu, planowania i kombinowania :) Mowa tu o Matkach Polkach :) Najpierw co komu kupić, potem jak to pięknie zapakować a potem jeszcze gdzie schować żeby rodzina i dzieci nie znaleźli. Na dwa dni przed wigilią zaczynamy triatlon godny Ironmana. Zaczynamy na stacji pierogi i uszka, potem lecimy przez śledzie, bigosy, pieczone mięsa i pasztety. Na trzecim zakręcie bierzemy się za ciasta, sałatki i grubo po północy kiedy już ustalimy strategię na ten ostatni wigilijny dzień, udaje nam się zasnąć. Sen jest krótki bo bladym świtem zrywamy się z łóżka po to aby rozpocząć ostatni etap tego naszego wyścigu do idealnej wigilii i świąt. Ostatnie zakupy i znów wracamy do gotowania. Pozostały nam przecież jeszcze karpie ( których i tak nikt nie zje bo śmierdzą mułem ;) ), barszczyki, kompociki i pewnie milion innych pomysłów na świąteczne dania. Jak już uda nam się przejść etap gotowania to za punkt honoru bierzemy sobie doprowadzić nasze mieszkanie do stanu godnego Perfekcyjnej Pani Domu, tak jakby kurz na szafkach miał wywołać silną alergię u naszych gości. No i w ostatniej już prostej, dobrze po południu stroimy pięknie nasz stół, salon żeby godzien był przyjąć naszych gości. Na samiuteńkim końcu ostatkiem sił doprowadzamy siebie do ładu. Kąpiel, fryzura, makijaż, odświętna kiecka i ledwo żywe z uśmiecham na ustach zasiadamy do wigilijnej kolacji. Nareszcie nadchodzi czas aby się radować, cieszyć, śpiewać i tańczyć. Tylko, że my Matki Polki marzymy wtedy o tym, żeby po prostu poleżeć i odpocząć.

I właśnie przez to całe zamieszanie, przez to "muszę" i powinnam" nie lubię świąt. Wychowałam się w tradycyjnej rodzinie w której to mama głównie "szykowała" święta. Tata zajmował się kupnem choinki, zabiciem karpia i pomagał mamie w krojeniu sałatek. Jednak większość świątecznych przygotowań spadała na mamę. Będąc dzieckiem, przez wiele lat nie rozumiałam dlaczego moja rodzicielka psuje nam atmosferę świąt krótko przed wigilią, kiedy stawała się rozdrażniona i poirytowana. Zrozumiałam ją dopiero wtedy gdy sama od iluś tam lat "musiałam" szykować wigilię dla swojej rodziny. I choć rozum podpowiadał mi, żeby wreszcie przerwać ten łańcuszek szczęścia nie miałam odwagi tego zrobić. Komu? Sobie? Swoim dzieciom? Mężowi? Rodzicom? Rodzeństwu?? Pewnie wszystkim po trochu.  


I dopiero trzeba było mi diety żeby zrozumieć, że ja nic nie muszę?? Serio. Ta dieta podjęta blisko 4 lata temu zmieniła całe moje życie :) Ktoś mi kiedyś powiedział. "Zmień jedzenie zmienisz myślenie" ale nie spodziewałam się wtedy, że sprawdzi się to tak bardzo :) A tak  na poważnie, to na prawdę uważam, że był to pierwszy krok w zmianie mojego życia :) Ten pierwszy sukces  ( czyli - 20 kg ;) ) w w połączeniu z diet coachingiem pozwolił mi uwierzyć we własne możliwości, dostrzec jak wielka siła we mnie drzemie, wydobył z pod lęku moją odwagę, postawił na mojej drodze cudownych ludzi którzy pomagali mi wspiąć się w górę i pozwolił mieć siłę odciąć od siebie tych którzy ciągnęli mnie w dół choć nazywali się moimi przyjaciółmi.  


Odważyłam się zmienić swoje życie o 180 stopni o czym pisałam w poście Co odchudzanie zmieniło w moim życiu :) W wieku prawie 40 lat zostałam instruktorem Zumba i z powodzeniem prowadzę własne zajęcia, odważyłam się rzucić dobrze płatną pracę której nie lubiłam i zacząć realizować plany zawodowe zgodne z moimi zainteresowaniami Właśnie otrzymałam dyplom certyfikowanego masażysty i jestem w trakcie studiów podyplomowych z Psychodietetyki. Mam w planach otworzyć gabinet dla tych którzy chcą zacząć odchudzanie "od głowy", naprawić swoje relacje ze słodyczami i jeść jedzenie a nie emocje :) I to wszystko w połączeniu z relaksacyjnym seansem w gabinecie masażu :) Razem albo osobno jak kto woli :) Dziś wiem, że uda mi się to osiągnąć o ile zacznę działać i wyjdę ze swojej strefy komfortu i strefy marzeń do strefy działania :)
A to wszystko zaczęło się od tego, że 3 lata temu postanowiłam schudnąć Oj wyboista była to droga ale warta przejścia bo dała mi siłę. Siłę o której nie miałam pojęcia że ją mam a jej etapy możecie przeczytać tu: Krótko długa historia mojego sukcesu.  


No i... w tym roku miałam odwagę powiedzieć wszystkim, że te święta będą inne. W tym roku zasiądziemy do kolacji tylko w najbliższym gronie Ja, mąż i dzieci. Nie zjeżdża się do mnie jak co roku cała rodzinka.  Zjemy tylko kilka potraw wigilijno świątecznych,  i będą to te które najbardziej lubimy.I jeszcze nie będę większości z nich szykować sama. Te 20 pierogów, 10 uszek, pół kg ryby po grecku i kilogram sernika nie zrujnuje mojego portfela a zaoszczędzi masę mojego czasu. Nie wspominając o tym, że nie zostanie mi masa resztek które będę musiała dojadać po świętach :) No i zasiądziemy do wigilii przy brudnych oknach i kurzach na półkach bo w tym roku żadne porządki świątecznie nie przyszły mi do głowy. Ciekawa jestem czy ktoś to w ogóle zauważy :) Za to mamy zamiar grać w gry rodzinne, iść do kina, na lodogryf, pośmiać się i pogadać czyli miło spędzić czas. Wszyscy. Bez wyjątku i spiny, że trzeba obsługiwać tabun gości. Mi też się coś od życia należy. W tym roku mam odwagę zrobić sobie prezent i nie być Matką Polką ani Perfekcyjną Panią Domu. W tym roku chcę być po prostu szczęśliwą i wypoczętą Moniką :) I właśnie dlatego, że taką decyzję podjęłam dziś miałam czas na trening a teraz na pisanie dla Was postu na bloga :) 


Dlatego też z okazji Świąt Bożego Narodzenia życzę wszystkim moim czytelniczkom abyście miały odwagę być nieidealne, prawdziwie, autentyczne i pomimo tego próbowały zdobywać świąt i spełniać swoje marzenia te wielkie i te całkiem malutkie 😘💟

piątek, 15 grudnia 2017

Nie wierz Kowalskiemu w jego zajebistość

Aaaaa, mam dość udawanej zajebistości.

Zgodzicie się zapewne ze mną, że ostatnimi czasy zapanowała moda na słowo "cudnie",  na pozytywne myślenie i generalnie wszechogarniającą  zajebistość.

źródło" foto http://zwierciadlo.pl/psychologia
Wszyscy chcemy być szczęśliwi, piękni, bogaci, mądrzy, dobrzy, mili, po prostu wspaniali.  A  na dodatek próbujemy to pogodzić z pracą często na dwóch etatach, prowadzeniem domu, byciem super rodzicem, najlepszym przyjacielem i pracownikiem roku. A ponieważ nie do końca wiemy jak ten stan osiągnąć to podglądamy celebrytów, zaglądamy sąsiadom do sypialni, żeby poznać ich tajemny sekret cudownego życia lub prosimy znajomych o podanie nam swojej magicznej recepty na wspaniałe życie bez trosk.  Ten cały nadmiar obowiązków próbujemy pogodzić z  masą warsztatów, blogów, vlogów motywacyjnych, wzmacniających poczucie wartości, na których mamy nauczyć się jak żyć, osiągać cele, stać się człowiekiem sukcesu co by nasi potomni mogli być z nas dumni. A potem staramy się naśladować tych wszystkich, którzy mówią nam jak "być cudnym" i "żyć cudnie"

 I ty człowieku zapisujesz się na takie szkolenie lub czytasz blog czy fanpage, patrzysz na tego prowadzącego "guru" i myślisz:
-Ten to ma super życie. Fajna praca, super dzieci, fantastyczny partner. Kasa płynie strumieniami, rozwój zawodowy i osobisty pędzi do przodu w zastraszającym tempie. A ty tu tkwisz ciągle w problemach egzystencjalnych dnia codziennego.
No i ten "guru" mówi, że do tego aby osiągnąć stan szczęścia i flow wystarczy pozytywne myślenie. Wystarczy zrobić plan, zobaczyć go w głowie poczuć całym sobą, pooddychać i już wszystko  samo się ułoży spełni i zrealizuje. On przecież tak robi i ciągle mu się darzy, nieprawdaż?? No dobra, jak będzie uczciwy to powie Ci jeszcze, że  musisz włożyć w to trochę pracy bo jednak samo nie do końca się zrobi :)
No więc zbieramy tą wiedzę, te wszystkie narzędzia do zarządzania, działania, pozytywnego myślenia i próbujemy to wdrażać w życie. No w końcu do cholery też chcemy być SZCZĘŚLIWI. I jak nam to wychodzi?

A no srak!

 Metody metodami a życie życiem. Owszem są sukcesy jednak ciągle dotyka nas pasmo przykrych rzeczy, wydarzeń i emocji. Myślisz sobie wtedy - No gdzie popełniam błąd?? Co robię nie tak, że u  przysłowiowego "Kowalskiego" czy "Nowaka" ( przepraszam wszystkich Kowalskich i Nowaków za stereotyp :) ) życie toczy się ciągle z górki, a ja tu pół dnia spędzam na pozytywnym myśleniu, medytuję, uśmiecham się do całego świata, nawet jak chce mi się wyć do księżyca i ciągle nie jest tak fantastycznie jak bym sobie tego życzył. Cele się rozsypują przed samym finałem lub zanim wejdą w fazę rozwoju.  Rozpadają nam się związki, dzieci wchodzą w okres buntu i sprawiają kłopoty wychowawcze, przyjaciele zawodzą gdy najbardziej ich potrzebujemy. No, do cholery myślimy - Czymże to ja się różnię od tego "Kowalskiego" i "Nowaka"

I tu Cię zaskoczę. Ten "guru" odkrywa przed tobą tylko połowę swojego tyłka. Opowiada tylko o tej przyjemniejszej stronie swojego życia.  A tak samo jak ty, ma za sobą rozwody, cotygodniowe wezwania na dywanik dyrektora czy trudne dzieciństwo które nie pozwala mu być "na prawdę" szczęśliwym. Nie mówi Ci o tym, że swój sukces okupuje brakiem więzi i czasu dla dzieci, bo praca i ciągły rozwój pochłania  ponad połowę jego doby. Nie pochwali się tym, że jego związek ledwo zipie bo przez ostatnie pół roku widzieli się z partnerem rzadziej niż ty z nielubianą ciotką. Słowem nie wspomni o tym, że jego nadwaga (jeśli ją ma ;) )  spowodowana jest nie tylko nieregularnym trybem życia, ale nieumiejętnym zarządzaniem emocjami, brakiem poczucia wartości i zajadaniem emocji. W życiu nie przyzna się to tego, że mimo całego wianuszka znajomych i znajomków jego jedynym prawdziwym przyjacielem jest czekolada z orzechami ( żeby można było powiedzieć że zdrowa bo magnez, orzechy to zdrowe na pamięć i koncentracje :P ) A już o tym, że dla rozładowania emocji codziennie sięga po lampkę wina zamiast na przykład pól godziny poćwiczyć za diabła nie będzie pamiętał.


źródło foto: www.przereklamowane.pl

Dlatego chcę Ci dziś powiedzieć drogi czytelniku, że ci wszyscy motywatorzy, spece od "cudownego" życia, niczym nie różnią się od Ciebie. Są tak samo jak ty ludźmi odnoszącymi sukcesy i porażki. Jednak skupiają się tylko na sukcesach, choć to właśnie przez to, ty możesz się poczuć bardziej zdołowany.  Nie, nie chcę Cie tu zniechęcić do treści podnoszących twoją motywację i odkrywających przed tobą narzędzia do osiągania celów. Chcę tylko, żebyś się nie dołował, że tobie nie zawsze się udaje, że twoje sukcesy nie zawsze są spektakularne.  Pamiętaj, im bardziej ktoś ocieka "zajebistością" i  mówi głośno, że dużo ma, tym mniej ma. Człowiek na prawdę szczęśliwy podzieli się swoją radością ale i smutkiem. Ten, który może na prawdę nauczyć Cię "mieć"  i "być" to ten, który jest uczciwy, skromny i autentyczny nie tylko wobec Ciebie ale przede wszystkim siebie.

"Pamiętaj! Nic tak skutecznie nie oddala od szczęścia jak jego udawanie. Zwłaszcza przed samym sobą"



 Dlatego rozejrzyj się wokół. Może w twoim bliskim otoczeniu jest taka osoba która z otwartością, po cichu podzieli się swoją receptą na szczęście. Taką która nie potrzebuje rozgłosu a swoją energię zamiast wydatkować na  robienie szumu wokół swojej osoby, spożytkowuje na przeżywanie z tobą emocji i tych dobrych i tych złych. Taką która zaakceptuje Cię w całości z twoimi wadami i zaletami i będzie rozumieć, że szczęście ma ten... który potrafi być wdzięczny za to, że dziś otworzył oczy, że nimi widzi i może czytać, że ma nogi dzięki którym może biegać, że ma ręce i może nimi upiec chleb, że ma usta i może nimi dziękować co dnia  za rzeczy oczywiste :)
Dla mnie osobiście taką osobą jest Anna Harłukowicz - Niemczynow oficjalnie Codzienne 5 minut z Ancią i jej mężem Przemciem pomaga naładować mi baterie na cały dzień :) Nie wierzysz? Sprawdź i też czerp garściami z jej pozytywnej energii :D 

A może też masz taką osobę? Taką która sprawia, że czujesz, iż dzięki niej twoje życie nabiera sensu, marzenia się realizują a ty czujesz się  dzięki niej szczęśliwszy? Jeśli tak to podziel się z nami tą informacja w komentarzu :) 

Pamiętaj też, że możesz mnie śledzić nie tylko na blogu ale i na  facebooku na Pani swojej wagi :) 

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Rozgrzewające danie na zimowy obiad

Dziś rano po drodze mijałam dwa auta w rowie. Cóż, prószy śnieg jest ślisko i na efekty nie trzeba było długo czekać. 

 Nie da się ukryć. Przyszła do nas zima :)

A jak zima to na dworze zimno.  Jak zimno to organizm się szybciej wychładza. A jak się wychładza to potrzebuje więcej energii żeby się ogrzać. I co się wtedy dzieje?? Chce nam się jeeeść :D 
To właśnie jeden z głównych powodów dla których zimą nie tylko trudniej schudnąć ale i łatwiej przytyć ;) 

Dlatego nasza zimowa dieta musi się różnić od tej letniej. Starajmy się rezygnować z wychładzających pokarmów np takich jak nabiał na korzyść ciepłych rozgrzewających potraw. Na stole powinny wtedy królować u nas ciepłe zupy ale możemy tez podnosić temperaturę naszego ciała ostrymi rozgrzewającymi od środka przyprawami takimi jak: curry, kurkuma, imbir, cynamon :) 

W 20 minut możemy wyczarować przepyszne  sycące i dostarczające wszystkich zdrowych składników danie które można serwować w wersji wegańskiej lub z dodatkiem ulubionych mięs.

Zapraszam do wypróbowania tego dania i podzielenia się w komentarzu opinią lub własną wersją ulubionej zimowej potrawy :) 

wegańskie danie
Dodaj napis

Ciecierzyca z curry 

Składniki:

  • 1 puszka ciecierzycy konserwowej lub 1,5 szklanki ugotowanej 
  • 1 cebula 
  • łyżka oliwy z oliwek lub oleju kokosowego
  • puszka mleczka kokosowego ( najlepiej w wersji light 12 %)
  • łyżka koncentratu pomidorowego lub 2 łyżki pomidorów krojonych z puszki
  • papryka czerwona
  • 2 łyżeczki curry
  • pół łyżeczki kurkumy
  • szczypta chili, papryki słodkiej, 
  • pieprz i sól do smaku

Przygotowanie:

Ciecierzycę dokładnie opłucz z zalewy, zalej wodą i mocz ok. 30 minut. ( jeśli używasz świeżej ciecierzycy to przed przygotowaniem mocz ją ok 8 godzin w wodzie, po czym odcedź i gotuj przez ok 60 minut) Cebulę i paprykę pokrojoną w kostkę, zeszklij na rozgrzanej patelni z łyżką tłuszczu.  Dodaj cieciorkę, curry i kurkumę i chwile podsmaż. Dodaj pomidory lub koncentrat. Następnie puszkę mleczka kokosowego. Dodaj resztę przypraw i zamieszaj. Doprowadź do wrzenia i gotuj na małym ogniu przez ok 20 minut mieszając od czasu do czasu. 

Ponieważ ja nie jestem weganką to w mojej wersji dodałam to tej potrawy polędwiczki z kurczaka w przyprawach pieczone ok 20 minut w piekarniku :D 





 
Życzę smacznego :)
 
Po więcej pomysłów i motywacji zapraszam na facebooka, znajdziesz mnie na  Pani swojej wagi  a jeśli jesteś na diecie lub prowadzisz blog, fanpage związany ze zdrowym stylem życia i chcesz się dzielić swoim doświadczeniem to  zapraszam do zamkniętej grupy Odchudzanie dla kobiet od FAT do FIT




wtorek, 28 listopada 2017

Nie samym odchudzaniem człowiek żyje

Chyba nadszedł ten właściwy czas aby dodać do bloga zakładkę "Lifestyle" czyli co tam u mnie w duszy piszczy. Do tej pory wzbraniałam się przed tym dość mocno. Taką blokadą w głowie było to, że mojego bloga czytają moi znajomi i ci bliscy i ci trochę dalsi. I tak jakoś niezręcznie mi było, że tak odkryję te swoje wewnętrzne psychiczne bebechy. 

No chyba sporo osób też tak ma, że nie lubi mówić wszystkim dookoła co u niego słychać. O ile jeszcze jest to powód do radości i chwalenia to pal licho. Jednak życie nie zawsze jest kolorowe i usłane różami a raczej częściej usłane kolcami od róży. Choć nie powiem. Piękne pachnące płatki róż w naszym życiu też bywają i niektórym nawet zdarzają się bardzo często ( no tylko pozazdrościć :) ). Jednak codzienność jest codziennością i nie ma się co oszukiwać, Zdarzają się rozstania, rozwody, śmierć, choroby, kłopoty z dziećmi, kłopoty w pracy, sprzeczki lub wielkie awantury z przyjacielem, sąsiadem czy członkiem rodziny. Są też momenty fajne jak pierwsza randka, pierwsze wyznanie miłości,  przygotowania do ślubu, oczekiwanie na dziecko, radość z pierwszego występu w przedszkolu, z awansu w pracy, z pochwały szefa, z osiągnięcia sukcesu itd itd. Czasem się rozwijamy a czasem zwijamy. To wszystko wywołuje emocje czy tego chcemy czy nie.

Mój blog to miejsce, gdzie  często jednak wsparcia szukają osoby z nadwagą, szukające swojej drogi do zdrowszego "JA".  I wielokrotnie tu podkreślałam, że "odchudzanie zaczyna się w głowie" tak samo zresztą jak tycie. No a jeśli w głowie, to ma wiele wspólnego z emocjami. Emocje przeżywamy wszyscy, czasem mamy ich świadomość i potrafimy je nazwać po imieniu a czasem  nie. Czasem przyznajemy się do tego, że je odczuwamy a czasem udajemy sami przed sobą, że nie albo  tak na prawdę nie wiemy co czujemy w związku z daną sytuacją. 

No i tu się okazuje, że baardzo często je zajadamy. Jak je zajadamy to tyjemy, jak tyjemy to czujemy się kiepsko i spada nam samoocena. Ba, zajadamy nie tylko przykre ale i dobre emocje,  takie jak radość, szczęście, euforia.  :) A ja  tu ciągle piszę jakieś pitu, pitu  o tym, że trzeba te emocje rozpoznawać, rozumieć i rozgraniczać i  jednak ciągle zdarza mi się "nażreć" w emocjach. Wiem, że takich osób jak ja jest mnóstwo zarówno wśród moich czytelników jak i tych którzy o moim istnieniu nie wiedzą i pewnie nawet się nie dowiedzą ;) Wiem, bo piszecie do mnie o tym  często w rozpaczliwych meilach czy wiadomościach  prywatnych. A ja ciągle niezmiennie odpisuję, że to jest normalne, że większość tak ma i że nie warto się poddawać ( co nie znaczy nic z tym nie robić ;) ). 

 Dlatego w zgodzie ze sobą postanowiłam pisać o tym co mi w duszy aktualnie gra.  Nie tylko o emocjach ale i fajnych wydarzeniach w których uczestniczę. O przeczytanych książkach o ile wniosą do mojego życia coś wartościowego. O warsztatach rozwoju. O moich pomysłach na życie ( a mam ich 150 na minutę ;) ) O doświadczeniach życiowych. O sukcesach i porażkach. O tym co mnie akurat poruszyło i wywołało emocje. Po prostu o... życiu. 

Bo to jest właśnie autentyczność z którą się utożsamiam. Myślę, że Was nie zanudzę :) Prawda jest taka, że jestem jedną z Was. Tą samą która walczy, upada, cieszy się i płacze, odnosi sukcesy i ponosi porażki. Tą która robi dwa kroki do przodu i jeden a czasem trzy do tyłu.  Tą która wierzy, że w każdej z nas jest siła na to, aby jeśli na prawdę czegoś bardzo chce to może to osiągnąć. Tą która tę zasadę wprowadza u siebie w tempie wolniejszym niż chód żółwia. Ale nie poddającą się i ciągle idącą do przodu w tym filmie zwanym "ŻYCIE"  :) 


Jeśli chcesz wiedzieć na bieżąco co tam u mnie aktualnie w tej duszy gra. To polub mnie na na facebook Pani swojej wagi zaglądaj na blog czytaj, komentuj, inspiruj czy nawet konstruktywnie hejtuj ( o ile można konstruktywnie hejtować ;) ) Bo jestem tu w sieci dla siebie ale też przede wszystkim dla Ciebie :)
Dla kobiety która otwarcie lub bardzo głęboko  w sobie wierzy, że to właśnie my możemy przenosić góry, dokonywać niemożliwego, odnosić sukcesy i nie bać się porażek :D Tej która wie, że wszystko możemy ale nie zawsze chcemy :) Tej, która odważnie idzie przez życie oraz tej, która jeszcze nie ma odwagi zrobić pierwszego kroku do zmiany swojego życia :) Po prostu dla CIEBIE :D

piątek, 24 listopada 2017

Fit mama na zwolnieniu czyli czy prosto jest wrócić do aktywności?

Nie wiem czy wiecie ale mam nastoletnią córkę. ( tak w sumie mam dwie córki z tym, że jedna już dorosła ;) )  I w tej mojej młodszej córce próbuję zaszczepić sportowego ducha. W dobie pokolenia Iphonów ( czyt. srajfonów) to jedyna rozsądna rzecz jaką każdy rodzic powinien zrobić. No nie ma się co oszukiwać drodzy rodzice. Nasze nastoletnie dzieci spędzają przed telefonem czy laptopem codziennie więcej czasu niż moja rodzina na pomyłkowo obranej trasie na Morskie Oko czyli  jakieś minimum pięć godzin ;). Jeśli doda się do tego lekcje, naukę w domu i jakieś inne przyjemności towarzyskie to na aktywność fizyczną najzwyczajniej w świecie czasu nie starcza.

źródło jpg: www.runnersworld.com

Tak więc jak pisałam na wstępie staram się nauczyć te moje dziecię, że ćwiczyć regularnie trzeba i sport to zdrowie. Dlatego też gdy młoda zaproponowała, z chęcią zapisałam ją do szkółki wrotkarskiej. No i gdy tak ją woziłam na te zajęcia i przyglądałam się jej postępom stwierdziłam, że uczy się tam też sporo osób z pokolenia Y czyli tak pod czterdziestkę. No i tu wpadłam na szalony pomysł. Będę cool mama i zapiszę się na wrotki razem z córką. A co tam, będziemy miały co robić  w letnie wieczory -pomyślałam. Już nawet prawie czułam ten wiatr we włosach gdy, robimy  na wrotkach te rożne cuda na rampie...ach no dobra, poszłam o krok za daleko ;)

źródło jpg. youtube 


W każdym bądź razie poszłam na pierwszą lekcję. Nie powiem, całkiem nieźle mi szło.Okazało się, że jazda slalomem i te inne beczki wbrew pozorom nie są takie wcale trudne. Poczułam się jak ryba w wodzie :) Jednak organizatorzy zajęć popełniają ogromny błąd. Uczą jeździć kursantów beczką nie ucząc ich najpierw hamować :) A przecież każde boisko ma jakieś swoje granice najczęściej ogrodzone siatką, murem czy też inną barierką. Tak samo zresztą jest na wrotkowisku. Rozpędziłam się dojechałam do barierki i moje ręce zatrzymały się na niej a nogi postanowiły jechać dalej. Nie przewidziały jednego. Że właśnie oto jedna jest po lewej a druga po prawej stronie metalowego słupka. No i się rozjechałam.... Auuuć. Na samą myśl czuję ten ból nie powiem gdzie bo się wstydzę :P  Ale ja silna dziewczyna jestem, poza tym nie będę przecież robić nastolatce kichy przed znajomymi więc pozbierałam się i skończyłam trening. Jednak z każdą minutą czułam, że coś jest nie tak. No i jak dotrwałam do końca treningu, dojechałam jakimś cudem do domu to okazało się, że nocna wizyta w szpitalu mnie nie ominie. Na szczęście obyło się bez złamań i skończyło na obiciu i mega krwiaku. Dostałam bezwzględny zakaz ruszania się z łóżka przez tydzień i minimum miesiąc bez ćwiczeń. I tu mi zadrgało serducho...



Z jednej strony mój wewnętrzny świadomy rozum mówił "Kurczę, szkoda że trzeba sobie zrobić taką przerwę, bo jak się wypadnie z rytmu regularnych ćwiczeń to potem ciężko do nich wrócić ( wiem z doświadczenia  - ostatnio po przerwie dłużej się zbierałam do powrotu niż trwała sama przerwa ;) ) Poza tym, w końcu ćwiczę, żeby żreć więcej ciastków :) i jakoś nie mam w tym momencie weny na ograniczenia w diecie. A na logikę mniej ruchu = mniej żarcia, nie?  I takie tam inne jeszcze rozważania psychologiczno społeczne ze sobą uprawiałam.

Zaś z drugiej strony.... mój  podświadomy rozum a w zasadzie chyba mieszkająca tam "Gruba Ja" podskakiwała z radości. Tak, tak - podpowiadała - możesz sobie bezkarnie leżeć na kanapie. Nic nie robić tylko czytać, oglądać, pisać, spać czy co ci się tam rzewnie podoba. I nikt Ci nie powie żeś leń. W końcu nie musisz iść na trening pocić się, męczyć, sapać stękać, wychodzić spocona na wiatr, mieć czerwonej gęby i jeszcze pisać post, że jest mega fajnie i też zachęcasz do tego innych :P

No bo nie ma co ukrywać. W 95 % ludzie NIE LUBI SIĘ MĘCZYĆ. Serio, poznałam w swoim życiu tylko kilka osób które świadomie mówiły, że lubią WYCHODZIĆ na trening :) Bo takich co lubią ćwiczyć znam wielu :D Jednak jest zasadnicza różnica pomiędzy samą aktywnością a zebraniem się do niej :) Dlatego jeśli twierdzisz, że nie lubisz ćwiczyć to spójrz na osoby  w swoim otoczeniu które ćwiczą, biegają lub uprawiają nawet zawodowo jakąś dyscyplinę sportową. Pomyśl, że  praktycznie niczym się od nich nie różnisz i możesz osiągnąć to samo co oni. Różnica między tymi co ćwiczą i nie ćwiczą jest tylko jedna:


"Ci pierwsi dokonują wyboru, ustalają w życiu priorytety. Wybierają zdrowie nad lenistwo. Wybierają pokonanie słabości nad wygodę" 


źródło jpg: kobieciarnia.pl


No więc...wybór pozostawiam Tobie i sobie. Kiedy tylko przyjdzie czas, żeby zdrowie pozwoliło wrócić do aktywności fizycznej. Mam nadzieję, że dokonam dobrych wyborów.

A ty??

Jeśli chcesz śledzić moje poczynania i zostać tak jak ja Panią swojej wagi dołącz do mnie na facebook Pani swojej wagi .
Jeśli ciągle się wahasz czy warto zmienić swój styl życia na zdrowy, to może razem uda nam się zmienić twoje przekonania i obawy :)


wtorek, 7 listopada 2017

Śniadanie na słodko z jaglaną poproszę

Moje śniadania od dawien dawna są dość przewidywalne. Niektórzy twierdzą, że wręcz nudne ale ja tak nie uważam. No a w końcu komu jak nie mi to ma smakować, nie? :)  W tygodniu zazwyczaj jem owsiankę z jogurtem i owocami lub po prostu 2 kromeczki dowolnie przystrojonego żytniego chlebka :) Cóż, za każdym razem inny owoc lub inny zestaw na kanapce to chyba nie jest nudno, nie? ;)
Niedziela  jest dniem z rodzinną jajecznicą i dużą ilością warzyw.
Ot takie moje rytuały :)

Jednak kiedy w mojej głowie pojawia się hasło "ograniczam słodkie", natychmiast  w magiczny sposób moje kubki smakowe domagają się na śniadanie słodkiego ;) Od razu zaczynam kombinować, jak tu zrobić, żeby było i słodko i zdrowo :) No i tak w ostatnią niedzielę zamiast jajecznicy powstały "Jaglane pancakes".

Dlaczego właśnie jaglane?? Otóż, po pierwsze mam te jagły już wypróbowane, iż sprawdzają się w wypiekach a po drugie kasza jaglana ma nieprzecenione właściwości odżywcze. Dlatego też, królowa jaglanka rządzi na moim stole dość często. Ostatnio właśnie najczęściej w formie mąki,  która to od jakiegoś czasu  jest  dostępna nawet w wielu dyskontach spożywczych :)


Jeśli zapytacie mnie co mnie w niej urzekło odpowiem krótko:

  1. Po pierwsze słodko-gorzkawy orzechowy smak, jedyny w swoim rodzaju ( bije na głowę mąkę kokosową która nie przypadła mi do gustu pomimo mojej miłości do Bounty ;) ) 
  2. Po drugie ma właściwości odkwaszające organizm a u mnie z objawami zakwaszenia, takimi jak brak energii, sucha skóra i zapalenie dziąseł dość często się mierzę. 
  3. Po trzecie jest wyjątkowo lekkostrawna i nie zawiera glutenu czyli w sam raz dla osób cierpiących na jego nietolerancję ( ja jej u siebie nie zauważam ale ponoć im mniej glutenu w diecie tym lepiej ;).  
  4. Po czwarte jest bardzo sycąca, zawiera duużo błonnika i przede wszystkim jest dobrym źródłem białka. Choć ma dość wysoki indeks glikemiczny nie powinno się jej unikać w diecie. W niewielkich ilościach jest idealna w diecie odchudzającej  zwłaszcza w zimne jesienne dni.
  5.  Po piąte ma właściwości kosmetyczne, gdyż zawiera krzemionkę a ten nieorganiczny związek chemiczny bardzo korzystnie wpływa na kondycję naszych włosów, paznokci, kości i stawów ale krzem też ponoć podnosi przemianę materii.
W zasadzie jeszcze dużo dobrego o jaglance można by pisać ale miało być krótko. Jak dla mnie wystarczająco dużo, żeby się do niej przekonać :)



A tak w ogóle to miało być o przepisie :) Otóż aby powstało idealnie słodkie śniadanie potrzebujemy:

Składniki:

50 gr mąki jaglanej

ok 50 ml mleka 1,5 %

1 małe jajo

10 gr. masła

płaska łyżka ksylitolu

łyżeczka proszku do pieczenia  

 

Przygotowanie:

Jajka i mleko i roztopione masło roztrzepać w miseczce.  Dodać suche składniki i wymieszać do połączenia obu. Konsystencja ciasta powinna być mniej więcej jak gęsta śmietana. Rozgrzewamy patelnię i formujemy łyżką niewielkie placuszki. Smażymy krótko z obu stron na suchej patelni.  Układamy w stosik i polewamy łyżką miodu. Jak mamy to możemy zrobić amerykańską wersję placków i polać syropem klonowym :) Można też dodać odrobinę ulubionych owoców :)

Z jednej porcji wychodzą nam 4 większe lub 8 mniejszych placków.  
1 porcja dostarcza nam ok 415 kal w tym ( 16 gr białka, 55 gr węglowodanów i 16 gr tłuszczu) 

No to, pozostaje życzyć Was smacznego :) 

 A wy jakie macie pomysły na kaszę jaglaną?  Podzielcie się w komentarzu swoim przepisem lub doznaniami kulinarnymi gdy wypróbujecie mój przepis :) 

Po więcej pomysłów i motywacji zapraszam na facebooka, znajdziesz mnie na  Pani swojej wagi  a jeśli jesteś na diecie lub prowadzisz blog, fanpage związany ze zdrowym stylem życia i chcesz się dzielić swoim doświadczeniem to  zapraszam do zamkniętej grupy Odchudzanie dla kobiet od FAT do FIT